niedziela, 14 kwietnia 2013
Baby Zdrój
Byliśmy z Menszem w sklepie marketowym noszącym apostolskie imiona "Piotr i Paweł" (dziw, Monsz nie uciekł ani się nie spalił, a z chęcią buszował między półkami). Jeden z przystanków przypadł na stoisko z miensem. Monsz przyklejony do szyby lodówki z szynkami (których ceny przekraczały moje roczne wydatki na kosmetyki), niczym glonojad do porostów w akwarium, wysłał mnie na poszukiwanie wody.
-A co jak się zgubię? - zapytałam.
-Nie zgubisz się.
-A co jak TY się zgubisz?
-Nie zgubię się, idź już.
Zgubił się, choć jak twierdzi do dziś, przeglądał półki z grzybkami w zalewie.
-I co tam masz? - zapytałam, gdy już się ze sobą zderzyliśmy.
-Szynkę z myszy.
Znam swego Mensza, więc na myszy nie zwróciłam uwagi, uznałam że to po prostu jakaś konserwowa. W każdym bądź razie w swej dalszej podróży natknęliśmy się na coś znacznie ciekawszego niż szynki i grzybki.
-Czekaj, czekaj. - powiedziałam. - Czy te butelki naprawdę się różowe?
-Zdaje się, że tak. - odparł Monsz, podchodząc razem ze mną do regaliku równie różowego, co butelki, na które zwróciłam uwagę.
-Ale dlaczego? Co to jest? - dopytywałam się, chwyciwszy w dłoń jedną z butelek.- Baby Zdrój... hmm... woda... tylko czemu w różowej butelce?
-Bo to wywar z gotowanych dzieci.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz