wtorek, 10 grudnia 2013

Stalin i Cecylia




Wieczór, leżymy, karmimy się.
- Ale, ale mam nowe postanowienie. - powiedziałam do Mensza.
- Jakie?
- Jak tylko ogarnę ten burdel z moimi studiami, to obiecuję zacząć walkę z małą. Będę ją przenosić na noc do jej łóżeczka, tak długo, aż się przyzwyczai!
- Wiesz... - odparł. - Stalin też przenosił narody... i nie wyszło.

czwartek, 5 grudnia 2013

Logika by Ja




Lubimy wydawać pieniądze, których jeszcze nie mamy. Planujemy zakup miliona pierdół, które po dłuższym zastanowieniu okazałyby się nam kompletnie niepotrzebne, albo tylko trochę potrzebne... no albo takie, co to żyć bez nich nie możemy. Marzeniem Mensza jest zakup autobusu. Ale nie, nie takiego na 60 osób, który by niczym Największy Konkurent PKP woził Polaków po całym kraju. Chodzi o taki mały autobusik - samochód, który by pomieścił całą naszą trójkę dzieci (jeszcze nieurodzone, ale już w ten samochód zapakowane), nas, stertę walizek, niezłożony wózek dla najmłodszego dziecięcia a także zespół muzykujący Mensza i ich wszystkie do muzykowania rzeczy potrzebne. Kumacie, o co chodzi. Od miesięcy mój najdroższy przegląda strony internetowe z takimi automobilami i jest tak niezdecydowany, jak ja każdego ranka, gdy stoję przed szafą i staram się wybrać ubrania, które mam założyć. Początkowo byłam sceptycznie nastawiona do pomysłu zakupienia pojazdu czterokołowego. Jestem istotą poruszającą się zwykle jedynie na własnych stopach, co ja uważam za bardzo ekonomiczne, a Monsz mój za bardzo męczące i nielogiczne. (Żebyście widzieli jego minę, gdy dowiedział się, że trasa, którą kazałam mu piechotą przemierzać setki razy, jest obsługiwana przez autobus.) Ale konieczność (i związane z tym trudności) poruszania się ulicami mego umiłowanego miasta wraz z wózkiem wiozącym Jej Królewską Mość Maluśką, zmusiły mnie do zrewidowania swego stanowiska na temat posiadania czterokołowca.  Potrzeba wygód jakie się wiążą z takim nabytkiem na stałe zagościła w mym sercu i wyobraźni, i choć wciąż jeszcze poruszamy się komunikacją miejską, a nie prywatną, to zaczęłam intensywniej brać udział w dysputach na temat koloru tapicerki i rodzaju silnika. 
Dnia wczorajszego jednak górę wzięła we mnie "rasowa" pani domu i gdy przebywaliśmy z Menszem w kuchni, zakomunikowałam mu ostrym tonem (i wymachując przy tym palcem) ten oto komunikat:
- O nie, nie. Nie, nie, nie. Wiesz co kupimy najpierw za te miliony co to je w grudniu dostaniesz? O nie, nie, nie. Nie kupimy samochodu. Najpierw mój drogi, w końcu kupimy OKAP!
- Moja droga, okap, to ja Ci mogę kupić w każdym momencie. - odparł spokojnie Monsz Mój Najmileńszy.
- Nie, bo ten okap trzeba dowieźć do domu! - odparłam logicznie, no bo przecież jeździmy tramwajami. 
Monsz zmrugał oczami. Zamrugałam i ja.
- No to trzeba kupić samochód. - powiedział Monsz.

Logika i ja nigdy nie się nie dogadywałyśmy.

piątek, 23 sierpnia 2013

Zapach drzewa sandałowego



Temat fekaliowy, jak go nazywam, wbrew pozorom, które chcą utrzymać wszyscy, dotyczy każdego z nas. Wydawać by się mogło, że temat wstydliwy, zwykle w gronie przyjaciółek (a może także przyjaciół) z czasem zaczyna być czymś tak naturalnym, jak jesienny deszcz. Nie obce są nam konwersacje o zapachach, kolorach a nawet konsystencji; otwarcie komentujemy "toaletowe zachowania" swoich facetów, a także własne. Norma, co nie? Inaczej jednak wygląda to między mężczyzną a kobietą, którzy pozostają w związku. Na początku mężczyźni wymyślają miliony metod, aby zagłuszyć "przykre" dźwięki (tak, tak, wystarczy zapytać), a kobiety wielokrotnie udają, że ta kwestia W OGÓLE ich nie dotyczy (co najczęściej kończy się chorobami układu trawiennego). Nadchodzi jednak taki czas, kiedy mężczyzna i kobieta postanawiają zamieszkać razem. Choć piękna to idea, a przed przyszłymi współlokatorami rozpościera się rajska wizja idylli, którą sobie stworzą, wielu z nich przeżywa prawdziwy szok, konsternację, smutek sięgający rozpaczy, gdy dociera do nich, że teraz temat TABU przestanie być tabu. I co wtedy? Premierze, jak żyć?! Najlepiej przejść z tym do porządku dziennego... choć po ilości zapytań w Googlach na ten temat wnioskuję, że wcale nie jest to taki proste... Dlatego też najlepiej podejść do tego z odpowiednią dawką poczucia humoru.

Monsz mój siedział dziś w swojej stacji dowodzenia (nie, nie... chodzi o jego kącik gdzie ma swoje krzesełko, biurko, komputer i gitary, i z radością godną 5latka może zamieniać ten kącik w sajgon, syf, kiłę i mogiłę w jednym). Podeszłam do niego i zamachałam mu przed oczami owocem moich popołudniowych zakupów.
- Patrz, patrz, co kupiłam z myślą o nas! - zawołałam przy tym radośnie.
- Oooo... - Monsz skupił swój wzrok na trzymanym przeze mnie odświeżaczu do powietrza. - A jaki to ma zapach?
- Drzewa sandałowego.
- Hmmm... jak sandałowego to nie najlepiej... - odparł rezolutnie. 

wtorek, 23 lipca 2013

Wina, wina dajcie



Odzwyczajenie mężczyzny od "nadmiernego"* spożywania alkoholu nie jest zadaniem łatwym, zwłaszcza gdy próbuje się go przekonać do tego, aby w zdobytej wcześniej masie masie zaczął rzeźbić . Po długich negocjacjach udało mi się jednak doprowadzić do tego, by procenty gościły w naszym domu tylko w weekendy. Zgodnie z tymi ustaleniami w ostatni piątek do naszego koszyka z zakupami Monsz wrzucił butelkę wina. A kiedy usiedliśmy już w samochodzie i pojechaliśmy w kierunku domu, poprosiłam go ładnie:
- Tylko proszę, nie wypij dzisiaj całej tej butelki, zostaw sobie coś na jutro.
- Okej, nie ma problemu. - odpowiedział.
Wieczorem, podczas naszego rytualnego już oglądania filmów, zaobserwowałam kilka kursów Mensza w kierunku lodówki i powroty na sofę z jego winnym kubeczkiem w dłoni i uśmiechem zadowolenia na twarzy. W pewnym momencie jednak zauważyłam, że od dłuższego czasu Monsz siedzi obok mnie i mimo oglądanej komedii, jego usta wykrzywiają się w coraz bardziej wykrzywioną podkówkę. 
- Idź sobie dolej tego winka. - powiedziałam.
 Monsz spojrzał na mnie i uśmiechnął się nieśmiało.
- Nie masz już czego sobie dolać?
Na jego policzkach pojawił się delikatny rumieniec zawstydzenia.
- Wypiłeś większość i zostawiłeś na dnie centymetr, tak?
Monsz uśmiechnął się od ucha do ucha. 
- Nie wierzę...
- No, powiedziałaś, żebym nie wypił całej butelki, to całej nie wypiłem.  - odpowiedział. 

czwartek, 13 czerwca 2013

Parówki


Dialog z Menszem:

Ja: Oooo... parówkę z musztardą!
Monsz: No, parówkę. Może być z musztardą.
Ja: Mówię o parówce wieprzowej
Monsz: Wieprzowej? Czy ja wyglądam na wieprza?
Po chwili:
Ja: Oooo.. albo parówkę w cieście francuskim.
Monsz: Noo... może być we francuskim.

sobota, 1 czerwca 2013

Syfilis




Konwersacje z Menszem od zawsze napawały mnie intelektualnie. Nasze wymiany zdań wzbijały się na wyżyny tak wysokich  wyżyn mądrości (w końcu Monsz to doktor, a ja niedorobiony licencjat), że przysłuchujący się nam ludzie nigdy nie mogli zrozumieć, o czym tak zawzięcie debatujemy. Nie inaczej było ostatnim razem, gdy ja - Szlachcianka i mój Pan i Władca wraz z plebsem transportowaliśmy się szynowym pojazdem podłużnym miejskim - czyli tramwajem, do naszych apartamentów na Wielkim Wygwizdowie. Rozmawialiśmy właśnie z Menszem o wadach i zaletach wysłania Mensza na Marsa, gdy ten (Monsz, nie Mars) nagle się zawiesił. Grobowa cisza między nami trwała już chwilę i miałam już ją przerwać, gdy nagle mój Najdroższy ozwał się do mnie niezwykle poważnym tonem:
-Kurwa, znowu mam syfilis. - rzekł.
- SŁUCHAM?! - przeraziłam się nie na żarty, sądziłam bowiem, że wiem o Menszu i popełnionych w jego życiu głupotach wszystko. 
- O jezu, nie, nie, nie to miałem na myśli. Chodziło mi o to, że mam bałagan w mieszkaniu.




wtorek, 21 maja 2013

Pokolenie JPII




Spacery z Wierzbą zawsze należą do udanych. Teksty mojej serdecznej przyjaciółki powinny zostać spisane i wydane w "Rocznikach Życia Wierzby" - tak dla potomnych, aby wiedzieli jaka wyjątkowa jednostka chodzi po tym świecie. Spacer, z którego dialog chcę dziś przedstawić, odbył się już jakiś czas temu. Przemierzałyśmy wtedy ulice i chodniki warszawskiej Starówki, gdy naszą uwagę przykuł człowiek sprzedający latające i świecące długopisy. 
-Nienawidzę tego. - powiedziała Wierzba. - Zawsze się boję, że to mi spadnie na głowę. Po co oni to robią? Naprawdę ktoś to kupuje?
-Ludzie kupują różne pierdoły. - odparłam. - Pamiętasz jak byłyśmy małe i na jarmarku i innych takich sprzedawali taki świecące w nocy  bransoletki?
-Nooo, albo takie różdżki z takimi świecącymi, sterczącymi żyłkami.
-Noo, miałam taką.
-Ja też. Jak przestało świecić to obcięłam te żyłki.
-Ja też, hahahaha, bawiłam się wtedy, że to różdżka Czarodziejki z Księżyca. 
-Ja to zawsze chciałam dostać balon na hel. - rozmarzyła się Wierzba. - Tata nigdy mi nie kupił...
-Mi chyba też nie, nie pamiętam w sumie...
- A nie.  - Wierzbę nagle olśniło. - Pamiętam, kupił. To było w czasie pielgrzymi papieża, jak był w Gdańsku. Tata nam kupił wtedy po balonie. Mój brat dostał balon z Tweety'm, a ja dostałam z wizerunkiem Jana Pawła II. Sama chciałam.