wtorek, 10 grudnia 2013

Stalin i Cecylia




Wieczór, leżymy, karmimy się.
- Ale, ale mam nowe postanowienie. - powiedziałam do Mensza.
- Jakie?
- Jak tylko ogarnę ten burdel z moimi studiami, to obiecuję zacząć walkę z małą. Będę ją przenosić na noc do jej łóżeczka, tak długo, aż się przyzwyczai!
- Wiesz... - odparł. - Stalin też przenosił narody... i nie wyszło.

czwartek, 5 grudnia 2013

Logika by Ja




Lubimy wydawać pieniądze, których jeszcze nie mamy. Planujemy zakup miliona pierdół, które po dłuższym zastanowieniu okazałyby się nam kompletnie niepotrzebne, albo tylko trochę potrzebne... no albo takie, co to żyć bez nich nie możemy. Marzeniem Mensza jest zakup autobusu. Ale nie, nie takiego na 60 osób, który by niczym Największy Konkurent PKP woził Polaków po całym kraju. Chodzi o taki mały autobusik - samochód, który by pomieścił całą naszą trójkę dzieci (jeszcze nieurodzone, ale już w ten samochód zapakowane), nas, stertę walizek, niezłożony wózek dla najmłodszego dziecięcia a także zespół muzykujący Mensza i ich wszystkie do muzykowania rzeczy potrzebne. Kumacie, o co chodzi. Od miesięcy mój najdroższy przegląda strony internetowe z takimi automobilami i jest tak niezdecydowany, jak ja każdego ranka, gdy stoję przed szafą i staram się wybrać ubrania, które mam założyć. Początkowo byłam sceptycznie nastawiona do pomysłu zakupienia pojazdu czterokołowego. Jestem istotą poruszającą się zwykle jedynie na własnych stopach, co ja uważam za bardzo ekonomiczne, a Monsz mój za bardzo męczące i nielogiczne. (Żebyście widzieli jego minę, gdy dowiedział się, że trasa, którą kazałam mu piechotą przemierzać setki razy, jest obsługiwana przez autobus.) Ale konieczność (i związane z tym trudności) poruszania się ulicami mego umiłowanego miasta wraz z wózkiem wiozącym Jej Królewską Mość Maluśką, zmusiły mnie do zrewidowania swego stanowiska na temat posiadania czterokołowca.  Potrzeba wygód jakie się wiążą z takim nabytkiem na stałe zagościła w mym sercu i wyobraźni, i choć wciąż jeszcze poruszamy się komunikacją miejską, a nie prywatną, to zaczęłam intensywniej brać udział w dysputach na temat koloru tapicerki i rodzaju silnika. 
Dnia wczorajszego jednak górę wzięła we mnie "rasowa" pani domu i gdy przebywaliśmy z Menszem w kuchni, zakomunikowałam mu ostrym tonem (i wymachując przy tym palcem) ten oto komunikat:
- O nie, nie. Nie, nie, nie. Wiesz co kupimy najpierw za te miliony co to je w grudniu dostaniesz? O nie, nie, nie. Nie kupimy samochodu. Najpierw mój drogi, w końcu kupimy OKAP!
- Moja droga, okap, to ja Ci mogę kupić w każdym momencie. - odparł spokojnie Monsz Mój Najmileńszy.
- Nie, bo ten okap trzeba dowieźć do domu! - odparłam logicznie, no bo przecież jeździmy tramwajami. 
Monsz zmrugał oczami. Zamrugałam i ja.
- No to trzeba kupić samochód. - powiedział Monsz.

Logika i ja nigdy nie się nie dogadywałyśmy.

piątek, 23 sierpnia 2013

Zapach drzewa sandałowego



Temat fekaliowy, jak go nazywam, wbrew pozorom, które chcą utrzymać wszyscy, dotyczy każdego z nas. Wydawać by się mogło, że temat wstydliwy, zwykle w gronie przyjaciółek (a może także przyjaciół) z czasem zaczyna być czymś tak naturalnym, jak jesienny deszcz. Nie obce są nam konwersacje o zapachach, kolorach a nawet konsystencji; otwarcie komentujemy "toaletowe zachowania" swoich facetów, a także własne. Norma, co nie? Inaczej jednak wygląda to między mężczyzną a kobietą, którzy pozostają w związku. Na początku mężczyźni wymyślają miliony metod, aby zagłuszyć "przykre" dźwięki (tak, tak, wystarczy zapytać), a kobiety wielokrotnie udają, że ta kwestia W OGÓLE ich nie dotyczy (co najczęściej kończy się chorobami układu trawiennego). Nadchodzi jednak taki czas, kiedy mężczyzna i kobieta postanawiają zamieszkać razem. Choć piękna to idea, a przed przyszłymi współlokatorami rozpościera się rajska wizja idylli, którą sobie stworzą, wielu z nich przeżywa prawdziwy szok, konsternację, smutek sięgający rozpaczy, gdy dociera do nich, że teraz temat TABU przestanie być tabu. I co wtedy? Premierze, jak żyć?! Najlepiej przejść z tym do porządku dziennego... choć po ilości zapytań w Googlach na ten temat wnioskuję, że wcale nie jest to taki proste... Dlatego też najlepiej podejść do tego z odpowiednią dawką poczucia humoru.

Monsz mój siedział dziś w swojej stacji dowodzenia (nie, nie... chodzi o jego kącik gdzie ma swoje krzesełko, biurko, komputer i gitary, i z radością godną 5latka może zamieniać ten kącik w sajgon, syf, kiłę i mogiłę w jednym). Podeszłam do niego i zamachałam mu przed oczami owocem moich popołudniowych zakupów.
- Patrz, patrz, co kupiłam z myślą o nas! - zawołałam przy tym radośnie.
- Oooo... - Monsz skupił swój wzrok na trzymanym przeze mnie odświeżaczu do powietrza. - A jaki to ma zapach?
- Drzewa sandałowego.
- Hmmm... jak sandałowego to nie najlepiej... - odparł rezolutnie. 

wtorek, 23 lipca 2013

Wina, wina dajcie



Odzwyczajenie mężczyzny od "nadmiernego"* spożywania alkoholu nie jest zadaniem łatwym, zwłaszcza gdy próbuje się go przekonać do tego, aby w zdobytej wcześniej masie masie zaczął rzeźbić . Po długich negocjacjach udało mi się jednak doprowadzić do tego, by procenty gościły w naszym domu tylko w weekendy. Zgodnie z tymi ustaleniami w ostatni piątek do naszego koszyka z zakupami Monsz wrzucił butelkę wina. A kiedy usiedliśmy już w samochodzie i pojechaliśmy w kierunku domu, poprosiłam go ładnie:
- Tylko proszę, nie wypij dzisiaj całej tej butelki, zostaw sobie coś na jutro.
- Okej, nie ma problemu. - odpowiedział.
Wieczorem, podczas naszego rytualnego już oglądania filmów, zaobserwowałam kilka kursów Mensza w kierunku lodówki i powroty na sofę z jego winnym kubeczkiem w dłoni i uśmiechem zadowolenia na twarzy. W pewnym momencie jednak zauważyłam, że od dłuższego czasu Monsz siedzi obok mnie i mimo oglądanej komedii, jego usta wykrzywiają się w coraz bardziej wykrzywioną podkówkę. 
- Idź sobie dolej tego winka. - powiedziałam.
 Monsz spojrzał na mnie i uśmiechnął się nieśmiało.
- Nie masz już czego sobie dolać?
Na jego policzkach pojawił się delikatny rumieniec zawstydzenia.
- Wypiłeś większość i zostawiłeś na dnie centymetr, tak?
Monsz uśmiechnął się od ucha do ucha. 
- Nie wierzę...
- No, powiedziałaś, żebym nie wypił całej butelki, to całej nie wypiłem.  - odpowiedział. 

czwartek, 13 czerwca 2013

Parówki


Dialog z Menszem:

Ja: Oooo... parówkę z musztardą!
Monsz: No, parówkę. Może być z musztardą.
Ja: Mówię o parówce wieprzowej
Monsz: Wieprzowej? Czy ja wyglądam na wieprza?
Po chwili:
Ja: Oooo.. albo parówkę w cieście francuskim.
Monsz: Noo... może być we francuskim.

sobota, 1 czerwca 2013

Syfilis




Konwersacje z Menszem od zawsze napawały mnie intelektualnie. Nasze wymiany zdań wzbijały się na wyżyny tak wysokich  wyżyn mądrości (w końcu Monsz to doktor, a ja niedorobiony licencjat), że przysłuchujący się nam ludzie nigdy nie mogli zrozumieć, o czym tak zawzięcie debatujemy. Nie inaczej było ostatnim razem, gdy ja - Szlachcianka i mój Pan i Władca wraz z plebsem transportowaliśmy się szynowym pojazdem podłużnym miejskim - czyli tramwajem, do naszych apartamentów na Wielkim Wygwizdowie. Rozmawialiśmy właśnie z Menszem o wadach i zaletach wysłania Mensza na Marsa, gdy ten (Monsz, nie Mars) nagle się zawiesił. Grobowa cisza między nami trwała już chwilę i miałam już ją przerwać, gdy nagle mój Najdroższy ozwał się do mnie niezwykle poważnym tonem:
-Kurwa, znowu mam syfilis. - rzekł.
- SŁUCHAM?! - przeraziłam się nie na żarty, sądziłam bowiem, że wiem o Menszu i popełnionych w jego życiu głupotach wszystko. 
- O jezu, nie, nie, nie to miałem na myśli. Chodziło mi o to, że mam bałagan w mieszkaniu.




wtorek, 21 maja 2013

Pokolenie JPII




Spacery z Wierzbą zawsze należą do udanych. Teksty mojej serdecznej przyjaciółki powinny zostać spisane i wydane w "Rocznikach Życia Wierzby" - tak dla potomnych, aby wiedzieli jaka wyjątkowa jednostka chodzi po tym świecie. Spacer, z którego dialog chcę dziś przedstawić, odbył się już jakiś czas temu. Przemierzałyśmy wtedy ulice i chodniki warszawskiej Starówki, gdy naszą uwagę przykuł człowiek sprzedający latające i świecące długopisy. 
-Nienawidzę tego. - powiedziała Wierzba. - Zawsze się boję, że to mi spadnie na głowę. Po co oni to robią? Naprawdę ktoś to kupuje?
-Ludzie kupują różne pierdoły. - odparłam. - Pamiętasz jak byłyśmy małe i na jarmarku i innych takich sprzedawali taki świecące w nocy  bransoletki?
-Nooo, albo takie różdżki z takimi świecącymi, sterczącymi żyłkami.
-Noo, miałam taką.
-Ja też. Jak przestało świecić to obcięłam te żyłki.
-Ja też, hahahaha, bawiłam się wtedy, że to różdżka Czarodziejki z Księżyca. 
-Ja to zawsze chciałam dostać balon na hel. - rozmarzyła się Wierzba. - Tata nigdy mi nie kupił...
-Mi chyba też nie, nie pamiętam w sumie...
- A nie.  - Wierzbę nagle olśniło. - Pamiętam, kupił. To było w czasie pielgrzymi papieża, jak był w Gdańsku. Tata nam kupił wtedy po balonie. Mój brat dostał balon z Tweety'm, a ja dostałam z wizerunkiem Jana Pawła II. Sama chciałam. 

poniedziałek, 20 maja 2013

Konstrukty logiczne Mensza



Cionża powala. Przekonałam się o tym w zeszłym tygodniu, gdy pełna zapału szykowałam się, by wybyć na badanie krwi, a prawie wylądowałam zemdlona niczym Ofelia na podłodze. W efekcie uziemiona spędziłam tydzień w domu i dopiero w niedziele udałam się do kochanej przeze mnie inaczej Warszawy na zajęcia. Tym razem towarzyszył mi Monsz, a że gdy przyjechaliśmy, w stolicy wciąż panowała piękna pogoda, postanowiliśmy wyruszyć na krótki spacer po Starówce. Wieczór był udany bardzo (no poza zżerającymi nas komarami i gryzącymi muszkami - Wy też macie z nimi problem?), stwierdził to nawet Monsz, który fanem dłuuuugich spacerów nie jest. Koło dwudziestej drugiej postanowiliśmy zebrać się z powrotem do hotelu. Szliśmy spokojnie przed siebie, gdy nagle dobiegło nas zadane podniesionym głosem pytanie:
-Czemu jesteś chamem?! 
Oderwaliśmy od siebie nasze maślane wzroki i wyostrzyliśmy je w poszukiwaniu nadawczyni tegoż pytania.
Przed nami stała para młodych kobiet. Obie wytatuowane, jedna, masywniejsza i niższa od drugiej, wbiła wzrok w chodnik, a szczuplejsza popychała tę pierwszą, i to ona wykrzykiwała to jakże istotne pytanie.
-Czemu jesteś chamem? Powiedz mi, czemu jesteś chamem?! - krzyczała.
Przyglądaliśmy się temu przez chwilę.
-Lesbijki. - podsumowałam.
-Tylko, która jest w tym związku mężczyzną? - zapytał Monsz.
Wzruszyłam ramionami i nie poświęcając więcej uwagi tym dwóm kobietom, ruszyłam przed siebie. Nie minęło jednak dużo czasu, gdy minęła nas Wbita w Podłogę, biegła przed siebie najwyraźniej uciekając przed swoją CzemuJesteśChamem. Niedługo później, gdy Wbita w Podłogę zniknęła już w tłumie, CzemuJesteśChamem minęła nas chwiejnym krokiem. 
-Lesbijki... - powiedział Monsz. - Wiesz, to pewnie tak naprawdę była dwójka transseksualnych gejów, którzy nie zmienili płci.  

poniedziałek, 13 maja 2013

Stosunki polsko-rosyjskie




Skusiłam Mensza sekszowną koszulką nocną. Z wrażenia padł na nasze ikeowe łoże i westchnął zachwycony, a ja niczym nimfa osunęłam się lekko i ułożyłam obok niego. Wodząc paluszkiem kusząco po jego ramieniu, rozpoczęłam konwersację:
- Hmmm... - mruknęłam niczym głodna pantera z lasów amazońskich. - To... co... porobimy?
- Hm. - Monsz się zamyślił. - Może porozmawiamy?
Starając się, aby w półmroku nie było widać białek mych oczu, gdy przewróciłam oczami, odparłam - No to wymyśl temat.
- Hm.Przyszło mi do głowy... - powiedział iście akademickim tonem. - że moglibyśmy porozmawiać, o stosunkach polsko-rosyjskich w kontekście sprzedaży mięsa.

czwartek, 2 maja 2013

Pasztetowe komplementy





Mężczyźni są wzrokowcami (tak przynajmniej nam wmawiają), czasem więc trzeba ich pobudzić tym i owym - pomyślałam sobie. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. 
(wymiana zdań miała miejsce na fejsie)
Ja: Kochanie, sprawdź telefon. Mmsa Ci wysłałam.
Monsz (po chwili): DZIEŃ DOBEREK!!! Od razu mi się drugie oko otworzyło!
Ja: No, to teraz poproszę ten cały stos komplementów.
Monsz: Pasztet.
Ja: Słucham?!
Monsz: Wyciągam z lodówki pasztet.
Ja: Aha, dziękuję.
Monsz: Nie, nie, nie, dżizas, nie to miałem na myśli!

niedziela, 14 kwietnia 2013

Baby Zdrój






Byliśmy z Menszem w sklepie marketowym noszącym apostolskie imiona "Piotr i Paweł" (dziw, Monsz nie uciekł ani się nie spalił, a z chęcią buszował między półkami). Jeden z przystanków przypadł na stoisko z miensem. Monsz przyklejony do szyby lodówki z szynkami (których ceny przekraczały moje roczne wydatki na kosmetyki),  niczym glonojad do porostów w akwarium, wysłał mnie na poszukiwanie wody. 
-A co jak się zgubię? - zapytałam.
-Nie zgubisz się. 
-A co jak TY się zgubisz?
-Nie zgubię się, idź już.
Zgubił się, choć jak twierdzi do dziś, przeglądał półki z grzybkami w zalewie.
-I co tam masz? - zapytałam, gdy już się ze sobą zderzyliśmy.
-Szynkę z myszy. 
Znam swego Mensza, więc na myszy nie zwróciłam uwagi, uznałam że to po prostu jakaś konserwowa. W każdym bądź razie w swej dalszej podróży natknęliśmy się na coś znacznie ciekawszego niż szynki i grzybki. 
-Czekaj, czekaj. - powiedziałam. - Czy te butelki naprawdę się różowe?
-Zdaje się, że tak. - odparł Monsz, podchodząc razem ze mną do regaliku równie różowego, co butelki, na które zwróciłam uwagę.
-Ale dlaczego? Co to jest? - dopytywałam się, chwyciwszy w dłoń jedną z butelek.-  Baby Zdrój... hmm... woda... tylko czemu w różowej butelce?
-Bo to wywar z gotowanych dzieci.

środa, 13 marca 2013

Przepis na zupę ogórkową.


Wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą, że jestem Analogiem - notatki robię w papierowym kalendarzu, gardzę Ejpulem (Apple i ich i-produkty), nie umiem go obsługiwać i na 100% oblałabym zajęcia u mojego Mensza, bo nie umiem nawet korzystać z droppboxa.. a i znam tylko 2% opcji Worda. Tu warto wtrącić mała dygresję - stary dialog, który w pełni oddaje moją analogowość. Rozmowa dotyczyła magazynu, który prowadzę, a dokładniej jego produkcji:
Monsz: No dobrze, wszystko ok, ale gdzie masz umieszczoną kopię magazynu?
Ja: No jak to gdzie, u Wierzby na komputerze.

Jednakowoż dziś się okazało, że jestem Analogiem życiowym bardziej niż sądził ktokolwiek. Udowodnił to dobitnie dzisiejszy smsowy dialog z moją kochaną przyjaciółką i póki-co-współlokatorką.

Ja: Co na obiad?
Wierzba: Nie wiem, ale mam ochotę na coś lekkostrawnego.
Ja: Zupa ogórkowa?
Wierzba: Ok.
Ja: Nima chałki [chałka ma być dziś do Nutelli na deser]* , buła może być?
Wierzba: Może, i jeszcze buła do ogórkowej, a najlepiej z margaryno jakby była <3
Ja: A weź znajdź jakiś przepis na tę zupę i zapodaj mi składniki, bo nie pamiętam.
Wierzba: Hortex - zupa ogórkowa. Jadłam, dobra jest.



* przypis autora

wtorek, 5 marca 2013

Młoda żąna w cenie.



Druga w nocy, Monsz leży obok i chrapie, ja leżę i patrzę w sufit, bo ciąża daje w kość.
Monsz *chrap, chrap, chrap* i nagle: Co? Co się dzieje?
Ja: Nic, śpij.
Monsz: Ale na pewno coś się dzieje.
Ja: Nic Menszu, śpij.
Monsz *chrap, chrap, chrap* i znów całkiem  z zaskoczenia: Kim są ci ludzie, którzy do mnie mówią?!
Ja: Jacy ludzie?
Monsz: No ci ludzie! Ten policjant w czapce do mnie mówi, kim on jest?
Ja: Menszu, jacy ludzie? Nikogo nie tu nie ma, Menszu!
Monsz: No jak to? Są, mówią!
Ja: Monsz! *chlast w ramię* Budź się! Ile jest 2+2?
Monsz: ...cztery
Ja: Jak się nazywam?
Monsz: Justyna...
Ja: Nazwisko?
Monsz: Pfff... Zborowska.
Ja: Kiedy się urodziłam?
Monsz *chwila konsternacji i po chwili odpowiada bardzo zadowolony*: Noooo... całkiem niedawno.









sobota, 2 lutego 2013

Kobieta, istota rozumna




Wierzba: Głodna jestem, bardzo, bardzo głodna.
Ja: Obiad?
Wierzba: No…
Ja: Dziś będą roladki z kurczaka, z mozzarellą, ogórkiem konserwowym, papryką i oliwkami. Może być?
Wierzba: TAK! TAK!

(godzinę później, czyli dziesięć minut temu)
Zrywam się z krzesła i biegnę do kuchni. Z ogromnym pośpiechem otwieram piekarnik i wyciągam blachę z niegotowymi jeszcze roladkami, rzucam ją na blat, krzycząc: FUCK! KURWA!!! FUCK! KURWA!!! KURWA!!! KURWA!!!
Wierzba: Nie, proszę, nie rób mi tego, głodna jestem. Co się stało?
Ja: Wykałaczki mi się spaliły!
Wierzba: A to się nie przejmuj, w dupę w wykałaczkami.
Ja: Ale one są plastikowe!!!
Wierzba: *cisza*
Ja: Nie pomyślałam, że plastikowe wykałaczki się stopią!!!
Wierzba *po jeszcze dłuższej chwili ciszy*: …wygrałaś w tym momencie.
Ja: Dzięki Bogu nie stopiły się w środku.
Wierzba: Myślę, że trzeba to zapisać. 

wtorek, 29 stycznia 2013

Depresyjny zakupoholizm


Idziemy do Sapayi na, jak to Monsz go nazywa, wietnamski wywar. Takie wyjście z domu wymaga wielkiego poświęcenia: trzeba umyć włosy, wysuszyć je i ułożyć, zrobić makijaż i się ubrać. Po  godzinie przygotowań dotarłyśmy do ostatniego etapu. Wybór stroju wyjściowego do wietnamskiego baru (w stolicy nawet po bułki trzeba się wbić w odpowiedni casualowy strój) to naprawdę skomplikowany i męczący proces. Dialog dział się przed naszą wielką szafą.

Wierzba *przeglądając się w lustrze jak wygląda w zestawie, który sobie wybrała*: Ej, następnym razem jak będę miała depresję, zabroń mi kupować ubrania.
Ja: Ale o co Ci chodzi? Przecież ten sweterek jest super... tylko nie pokazuj się w nim ludziom.

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Gastrofaza



Wierzba *stojąc przed lodówką*: Ciasto czy lody, ciastko czy lody, ciastko czy lody...
Ja: Jedno i drugie.
Wierzba: Ha! No tak. Właściwie to możemy pokruszyć ciastka na lody.
Ja: O! Super pomysł!
Wierzba: Ha! Ha! Mów mi Makłowicz!!!

Rozkminy na Madagaskarze


Udało mi się namówić w końcu Mensza do obejrzenia jakiejś bajki, którą my, normalni ludzie znamy od lat. Monsz się zgodził. Zapomniałam jedynie, że Monsz oglądając filmy, komentuje je jeszcze intensywniej niż ja.


Monsz: Ale co, żyrafy tak zasypiają na stojąco?
Ja: No, jak każde koptyne.
Monsz: Ale co, nie kładą się ani nic, żeby odpocząć?
Ja: No nie, kładą się tylko jak są chore.
Monsz: Całe życie tak na kopytach... przejebane co?

wtorek, 22 stycznia 2013

Dlaczego tak fajnie tu wysiadać



Wierzba poprosiła, abym pojechała z nią do lekarza, ponieważ biedna ma zawroty głowy ( i to nie od procentów). Dawno nie wychodziłam z domu, więc poszłam, poza tym przyjaciółkom się nie odmawia. Prędko okazało się, że przysługa ta będzie wymagała ode mnie sporego poświęcenia się - nienawidzę środków komunikacji miejskiej ( o czym przekonali się wszyscy, którzy "spacerowali" ze mną po mieście, a którym na pytanie "czy to jest daleko" odpowiadałam "nieee, blisko"), zwłaszcza gdy ta jest zapchana po brzegi ludźmi. Mój organizm, aby poradzić sobie z tym problemem, skupił się na produkcji hormonów szczęścia, czego efektem był poniższy dialog między Wierzbą i mną, posiadającą dość donośny głos.

Wierzba: I jak tam Ci się Justyna jedzie?
Ja: Świetnie, ostatni raz było mi tak ciasno, gdy miałam 15 lat.

Powiedziane zupełnie niewinnie.
Palma pierwszeństwa, jeśli chodzi o dialogi, należy jednak do pewnego pięciolatka, który stał obok nas.

Chłopczyk: Tatusiu, a wiesz co?
Ojciec chłopca: Co synku?
Chłopczyk: Ja bardzo lubię przystanek "Kino Femina".
Ojciec chłopca: Tak? A czemu?
Chłopczyk: Bo tutaj jest McDonald's!!!

Popatrzyłyśmy na siebie i po kilkusekundowej ciszy:
Wierzba: Mądre dziecko!
Ja: To co, KFC?
Wierzba: No!

wtorek, 15 stycznia 2013

Mały głód



Pochylam się nad pudełkiem z resztkami pizzy.
- Tyyyy... a jak to odgrzeje, to może jednak da się to zjeść?
- Hahahhahahaha, ale podeszwę taką będziesz jadła? - odpowiedziała Wierzba.
- Ejjj... no głodna jestem, noo... Ja mam chyba takiego pasożyta o tu. - powiedziałam, wskazując na swój brzuch.
- To się jelita nazywa, Justyna.

Kobieta i mężczyzna - przepychanki słowne.



Mężczyzna: No i zrobiłem to, i to, no i byłem tam, no i no... kręciliśmy ze sobą, ale nic między nami nie było!!!
Kobieta:... no i po co mi o tym mówisz?
Mężczyzna: No bo miałem wyrzuty sumienia.
Kobieta: Aha... ale co mnie to obchodzi? Po co mi to mówisz? Co ja mam sobie z tą wiedzą zrobić?
Mężczyzna: A co wolisz, żebym był nieszczery?
Kobieta: Nie, wolałabym, żebyś zaczął myśleć i mówił mi tylko o tym, co jest istotne.
Mężczyzna: Oooo, teraz będziesz mnie obrażać?
Kobieta *pac w czoło*: Nie kochanie, po prostu to jest do niczego totalnie mi niepotrzebne. Czy ja też mam ot tak zacząć mówić o swojej przeszłości? A wierz mi, sporo byłoby do opowiedzenia. 
Mężczyzna: DZIĘKUJĘ CI BARDZO, ŻE MI O TYM PRZYPOMINASZ!!! *trzask drzwiami*
Kobieta: ...ech, dzieci. 

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Czeskie absurdy



Ja: Kochanie przeżyjesz jak jeden raz będę bez makijażu?
Monsz : Nnnooo niech będzie ten jeden raz. Tylko mów do mnie często, żebym wiedział, że to Ty.


***
Monsz: Patrz, patrz!
Ja: Gdzie?
Monsz: No tam!
Ja: Ale na co?!
Monsz: Sarenki były, ośle.
Ja: Wybacz, nie widziałam, zdjęłam wcześniej okulary, żeby móc w ogóle na Ciebie patrzeć.
Monsz: Dobrze, że głośno mówisz, bo tylko po głosie Cię rozpoznaję.

***

Monsz: O góry. Ale brzydko tutaj... syfiasto.
Ja *przesuwając się na linię wzroku Mensza*: To patrz na mnie, a nie przez okno. 
Monsz: O, ładna jesteś... ale to pewnie przez ten kontrast.